Na początku września, w niedzielę wieczorem, zadzwoniła sąsiadka z drugiej klatki. Ta sama, z którą robimy targ sąsiedzki i która ma nasze klucze, kiedy wyjeżdżamy. Zobaczyła w telefonie reklamę: wełniany płaszcz, ładne zdjęcia, „zamykamy butik, wszystko minus 70 procent”. Miała już wpisany adres i numer karty. Zanim kliknęła, coś ją tknęło i zapytała mnie, bo „ty się na tym znasz, pracujesz w internecie”.
Pracuję w marketingu, więc reklamy w mediach społecznościowych oglądam zawodowo. Wiem, jak łatwo jest zrobić ładny sklep z ładnymi zdjęciami i wypuścić go do ludzi w kilka dni. Usiadłyśmy razem nad jej telefonem i sprawdziłyśmy ten sklep po kolei. Płaszcza nie kupiła. Poniżej opisuję, co sprawdzamy i dlaczego.
Ładny sklep to jeszcze nie sklep
Pierwsza rzecz, którą trzeba sobie powiedzieć: wygląd strony nie mówi nic. Profesjonalne zdjęcia, polskie opisy, licznik „zostały tylko 3 sztuki”, opinie z gwiazdkami na samej stronie. Wszystko to da się zrobić tanio i szybko. Polska końcówka adresu też nie oznacza, że za sklepem stoi polska firma.
Druga rzecz: sklepy, które znikają po kilku miesiącach, prawie zawsze kuszą ceną. „Likwidacja”, „ostatnia kolekcja”, „wyprzedaż z okazji zamknięcia”. Kiedy płaszcz z wełny kosztuje mniej niż porządny sweter, to nie jest okazja, tylko sygnał, żeby zwolnić.
Pięć minut przed kliknięciem „zapłać”
To jest lista, przez którą przeszłyśmy z sąsiadką. Nie wymaga żadnej wiedzy technicznej, tylko cierpliwości.
- Kto sprzedaje. W regulaminie albo na dole strony powinna być nazwa firmy, adres i numer rejestrowy. Polską firmę można sprawdzić w KRS albo w CEIDG, a numer VAT na białej liście podatników VAT, firmę z innego kraju Unii w unijnym systemie VIES. Jeśli w regulaminie nie ma żadnej firmy, to dla mnie koniec rozmowy.
- Dokąd wraca towar. Szukam w regulaminie adresu zwrotu i informacji, kto płaci za odesłanie. Adres zwrotu daleko poza Unią oznacza, że zwrot płaszcza może kosztować więcej niż sam płaszcz.
- Jak się kontaktować. Sam formularz kontaktowy, bez telefonu i adresu, to słaby znak.
- Jak płacę. Karta albo PayPal dają możliwość odzyskania pieniędzy przez bank, o czym niżej. Przelew na prywatne konto nie daje prawie nic.
- Co mówią inni, poza stroną sklepu. Opinie na samej stronie pisze sklep. Sprawdzam, co piszą ludzie gdzie indziej.
W sklepie sąsiadki nie było nazwy firmy, tylko adres e-mail. Regulamin był przetłumaczony maszynowo, a adresu zwrotu nie podano wcale. Tyle wystarczyło.
Serwis, który robi to za ciebie
Nie każdy ma ochotę czytać regulaminy i sprawdzać numery w rejestrach. Moja mama na pewno nie. Dlatego od niedawna zamiast długich wykładów wklejam pod pytaniami na naszej grupie osiedlowej jedno zdanie i adres: sprawdź sklep, zanim kupisz (https://sprawdzsklep.pl/).
Na stronie wpisuje się adres sklepu. Jeśli sklep jest już w bazie, dostaje się raport z tym, co ja robię ręcznie, tylko porządniej. Autorzy sprawdzają dane sprzedawcy w rejestrach: w KRS, w unijnym VIES, na białej liście podatników VAT i w brytyjskim Companies House. Czytają regulamin pod kątem wysyłki i zwrotów. Porównują też sklepy między sobą, bo ten sam numer VAT na kilku domenach oznacza jednego sprzedawcę, a nie kilka niezależnych marek. Każde ustalenie ma podane źródło, a wynik to punkty ryzyka liczone w sześciu kategoriach.
Podoba mi się, że nie straszą na wyrost. Piszą wprost, że opisują fakty, które każdy może sprawdzić, a nie stawiają zarzutów, i że każdy wpis przed publikacją przegląda człowiek. Jest też zdanie, które warto zapamiętać: jeśli sklepu nie ma w ich bazie, to nie znaczy, że jest bezpieczny, tylko że jeszcze go nie sprawdzili. Taki sklep można im zgłosić.
Zakupy od sąsiadów też trzeba sprawdzać
Na grupach osiedlowych kupuje się i sprzedaje mnóstwo rzeczy: rowerki, wózki, meble, ubrania po dzieciach. Pisałam o tych grupach przy okazji nowego bloku na naszym osiedlu i nadal uważam, że to jedna z najlepszych rzeczy w życiu na osiedlu. Ale i tam zdarzają się oszustwa, zwykle nie ze strony prawdziwych sąsiadów, tylko kont, które pojawiły się wczoraj.
Najczęstszy schemat znam z kilku ostrzeżeń na grupie: „kupujący” chce zapłacić za twoją rzecz, ale przysyła link, w który trzeba kliknąć, żeby „odebrać pieniądze” albo „potwierdzić przesyłkę”. Za linkiem jest strona udająca bank albo firmę kurierską. Moja zasada jest prosta: przy zakupach z osiedla umawiamy się na odbiór osobisty przed klatką albo płatność przy odbiorze. Żadnych linków od obcych.
Kiedy już się stało
Jeśli pieniądze poszły, a towar nie przyszedł albo przyszło coś zupełnie innego, nie wszystko stracone. Przy zakupie przez internet przysługuje 14 dni na odstąpienie od umowy bez podawania przyczyny. Najpierw trzeba to sprzedawcy napisać, mailem, i zachować kopię.
Jeśli sprzedawca milczy, a płaciłaś kartą albo przez PayPal, zostaje obciążenie zwrotne, czyli chargeback. Składa się wniosek w swoim banku, z potwierdzeniem zamówienia, korespondencją i zdjęciami. Terminy liczy się w miesiącach od transakcji, ale im szybciej, tym lepiej, a dokładny termin trzeba sprawdzić we własnym banku.
Pomocy można szukać też u rzecznika konsumentów, w Warszawie działa miejski rzecznik konsumentów i porada jest bezpłatna. Gdy sprzedawca ma siedzibę w innym kraju Unii, pomaga Europejskie Centrum Konsumenckie. Strony, które wyłudzają dane albo pieniądze, zgłasza się do CERT Polska. Na sprawdzsklep.pl jest osobny poradnik o tym, co robić po nieudanym zakupie, z gotowymi wzorami pism do sprzedawcy i do banku, do uzupełnienia w nawiasach.
Płaszcz z prawdziwego sklepu
Sąsiadka kupiła w końcu płaszcz w zwykłym sklepie, po przymierzeniu. Zapłaciła więcej, niż obiecywała reklama, ale płaszcz wisi w jej szafie, a nie w magazynie na drugim końcu świata. Przy okazji poprosiła, żebym jej zapisała ten adres w telefonie, „na następną reklamę”.
Teraz to ona pierwsza odpisuje na grupie osiedlowej, kiedy ktoś pyta, czy jakiś sklep jest w porządku. Wkleja to samo zdanie, które ja wklejałam jej. I dopisuje od siebie: najpierw sprawdź, potem kupuj, a w razie czego dzwoń do sąsiadki.


