W piątek wieczorem Antek przyniósł ze szkoły zadanie z przyrody: zebrać pięć różnych liści, zasuszyć i podpisać. Na poniedziałek. Zosia od razu powiedziała, że w trzeciej klasie robiła to samo i dostała szóstkę, bo miała liść miłorzębu „od babci z Ochoty”. Antek uznał, że musi mieć co najmniej sześć liści i jeden z nich ma być lepszy niż miłorząb siostry.
Tak wylądowaliśmy w sobotę w Powsinie.
Ogród przez cały rok, ale nie tak samo
Ogród Botaniczny PAN przy ulicy Prawdziwka to formalnie wciąż Ursynów, choć z naszego Imielina czuje się, jakby to był koniec miasta. Pisałam o nim w tekście dla nowych mieszkańców Ursynowa jako o miejscu na wiosenne kwitnienie. To prawda, ale nie cała.
Ogród jest otwarty przez cały rok, tyle że zimą krócej. Od listopada godziny się skracają i do wiosny zwiedza się go w zimowym trybie, a w zeszłych latach w sezonie zimowym ogród zamykano już po południu. Październik to więc ostatni miesiąc, kiedy można tu spędzić dłuższą sobotę i zobaczyć drzewa w kolorach. Aktualne godziny i ceny biletów sprawdzam zawsze na stronie ogrodu, bo zmieniają się kilka razy w roku.
Dojazd z Imielina
Samochodem byłoby szybciej, ale w sobotę Wiktor potrzebował auta. Pojechaliśmy komunikacją i okazało się, że to żaden problem. Ze stacji Imielin metrem M1 dojeżdża się do stacji Wilanowska, a stamtąd autobusem 139 do przystanku Ogród Botaniczny, tuż przy głównym wejściu od Prawdziwka. Cała podróż zajęła nam trochę ponad pół godziny.
Druga możliwość, dla tych, którzy lubią chodzić, to wejście od strony Lasu Kabackiego. Z Kabat przez las idzie się dłużej, ale to piękny spacer, o którym pisałam przy Lesie Kabackim w sierpniu. Wejście od lasu ma jednak inne, krótsze godziny niż główne, szczególnie w tygodniu, więc trzeba to sprawdzić przed wyjściem.
Dlaczego Pestka została w domu
Do ogrodu nie wolno wprowadzać zwierząt, z wyjątkiem psów przewodników. Regulamin mówi to wprost. Dla Pestki to nie jest wielka strata, bo w ogrodzie i tak nie mogłaby wąchać wszystkiego, co chce, a do Lasu Kabackiego, który leży tuż obok, psów też się nie wprowadza. Pestka dostała przed wyjściem długi poranny spacer po Dolinie Służewieckiej i zabawkę z ukrytymi smakołykami. Kiedy wróciliśmy, spała na kanapie, na której nie wolno jej spać.

Zielnik, który zmienił plany
Tu mieliśmy pierwszy kłopot, zanim jeszcze weszliśmy na alejki. Przy kasie przeczytałam regulamin i zobaczyłam zdanie, które zatrzymało cały plan Antka: w ogrodzie nie wolno zrywać roślin ani pozyskiwać żadnego materiału roślinnego. Czyli liści też nie. Nawet tych, które leżą na ziemi.
Antek był oburzony przez jakieś trzy minuty. Potem wymyśliliśmy rozwiązanie: w ogrodzie liście fotografujemy i zapisujemy nazwy z tabliczek, a zbieramy je dopiero po wyjściu, w parku w Powsinie i przy alejkach poza ogrodzeniem. Antek dostał mój telefon na zdjęcia i to go ostatecznie przekonało, bo telefonem rzadko ma okazję się zajmować.
Okazało się, że tak jest lepiej. W ogrodzie przy każdym drzewie jest tabliczka z nazwą, więc Antek nie musiał zgadywać, co fotografuje. Klon, dąb czerwony, buk, a przy jednym drzewie z żółtymi, wachlarzowatymi liśćmi stanął i krzyknął do Zosi: „Twój miłorząb!”. Zrobił mu chyba dwadzieścia zdjęć.
Po wyjściu, w parku, zebrał siedem liści, w tym dwa klony w różnych odcieniach czerwieni. Miłorzębu nie znalazł. Uznał, że zdjęcie się liczy.
Zosia i szkicownik
Zosia w tym czasie rysowała. Szkicownik dostała na Dzień Dziecka i od tamtej pory nosi go wszędzie. W ogrodzie usiadła na ławce przy stawie i przez czterdzieści minut rysowała drzewo, które odbijało się w wodzie. Nie przeszkadzałam. Jedenastolatka, która sama z siebie siedzi czterdzieści minut bez telefonu, to rzadki widok i nie zamierzałam go psuć.
Pokazała mi rysunek dopiero w autobusie. Drzewo było prawie całe pomarańczowe, a odbicie w wodzie narysowała zielonym. Zapytałam dlaczego. Powiedziała, że „w wodzie jeszcze jest lato”. Zachowam ten rysunek na dłużej.
Gdzie w październiku jest najładniej
Nie jestem botaniczką, więc opiszę to tak, jak widzi mama z dwójką dzieci:
- Arboretum i drzewa liściaste. Największe kolory są właśnie tu. Klony, buki, dęby, wszystko w odcieniach od żółci po bordo.
- Staw. Najlepsze miejsce na przerwę, z ławkami. Przy dobrym świetle drzewa odbijają się w wodzie.
- Ogród roślin użytkowych. Antka zaciekawiły dynie i warzywa, które jeszcze nie zostały zebrane. Zosia narzekała, że „to jest jak działka babci”, choć babcia nie ma działki.
- Oranżeria. Jeśli zrobi się zimno albo zacznie padać. Ma osobne godziny, sprawdźcie przed wejściem.
Jedzenie i ubranie
Na miejscu jest gdzie usiąść, ale my wzięliśmy swoje: termos z herbatą, kanapki, jabłka. W październiku łatwo przemarznąć, kiedy dziecko przez godzinę siedzi na ławce i rysuje, więc Zosia miała dodatkową bluzę w plecaku. Antek biegał, więc było mu ciepło, dopóki nie zaczął fotografować. Wtedy marzł razem z nami.
Buty: wygodne i takie, które mogą się pobrudzić. Po nocnym deszczu na trawnikach było mokro.
Po weekendzie
W poniedziałek Antek zaniósł do szkoły siedem zasuszonych liści, podpisanych drukowanymi literami, i jedno wydrukowane zdjęcie miłorzębu z dopiskiem „Ogród Botaniczny, nie wolno zrywać”. Pani podobno się śmiała i powiedziała, że to najlepszy dopisek w klasie.
Wracamy w kwietniu, na kwitnienie. Ale do października też się przekonałam. Ogród jest spokojniejszy, kolorowy i nikt nie stoi w kolejce do kasy.




