Wrzesień w grupie rodziców wygląda zawsze tak samo. Ktoś wrzuca informację o zapisach na piłkę, ktoś inny o robotyce, trzeci o balecie, czwarty o angielskim z native speakerem. Po tygodniu wszyscy czują, że ich dziecko zostaje w tyle, bo chodzi tylko na dwa zajęcia, a córka koleżanki na sześć.
Przeszłam przez to. Dwa lata temu Antek chodził na basen, piłkę, angielski, szachy i zajęcia plastyczne. Zosia na taniec, pływanie, rysunek i matematykę. Nasz kalendarz na lodówce przypominał rozkład jazdy na dworcu, a ja połowę popołudni spędzałam w samochodzie albo w autobusie. Po trzech miesiącach Antek zaczął płakać przed wyjściem na szachy. Nie dlatego, że nie lubił szachów. Był po prostu zmęczony.
W tym roku mamy zasady. Jest ich siedem i każda wzięła się z konkretnego popołudnia, które poszło źle.
Zasada 1: dziecko wybiera, rodzic ma prawo weta
Pytam dzieci, co chcą robić. Nie co powinny, tylko co chcą. Antek chce grać w piłkę, to od dwóch lat się nie zmienia. Zosia chce rysować i pływać. Na tym budujemy.
Rodzic ma prawo weta, jeśli zajęcia są za drogie, za daleko albo w godzinach, których nie da się pogodzić z pracą. Ale nie zapisuję dziecka na coś tylko dlatego, że „się przyda”. Angielski Antka, na który chodził z przymusu, niczego nie przyniósł poza frustracją.
Zasada 2: maksymalnie dwa zajęcia w tygodniu
Dwa zajęcia na dziecko, plus to, co jest w szkole. To nasz limit. Dlaczego dwa? Bo dziecko potrzebuje też czasu na nudę, zabawę z kolegami na podwórku, odrabianie lekcji bez pośpiechu i zwyczajne leżenie na kanapie.
Zosia w tym roku ma pływanie raz w tygodniu i zajęcia rysunkowe w domu kultury. Antek ma piłkę dwa razy w tygodniu, bo trening jest dwa razy, i na tym koniec. Szachy gra z dziadkiem w niedziele.
Zasada 3: najpierw zajęcia próbne
Większość szkół, klubów i domów kultury oferuje pierwsze zajęcia bezpłatnie albo za niewielką opłatą. Zawsze z tego korzystamy. Po jednych zajęciach widać, czy dziecku się podoba, czy prowadzący ma dobry kontakt z grupą, czy grupa nie jest za duża.
Pytam dziecko po zajęciach nie „podobało się?”, tylko „co robiliście?”. Odpowiedź mówi więcej. Jeśli dziecko opowiada z przejęciem, jest dobrze. Jeśli mówi „nic”, zapala mi się lampka.
Zasada 4: blisko domu
To najważniejsza zasada praktyczna. Zajęcia, na które trzeba jechać czterdzieści minut w jedną stronę, zabierają nie godzinę, tylko trzy. Dojazd, zajęcia, powrót, przy okazji zakupy, bo już się jest w mieście. Dwa razy w tygodniu to sześć godzin z życia rodzica.
Szukam zajęć w zasięgu spaceru albo kilku przystanków. Na Ursynowie jest z czego wybierać: domy kultury, w tym Ursynowskie Centrum Kultury „Alternatywy”, kluby sportowe, pływalnie, szkoły językowe. Wiele zajęć odbywa się też w szkołach po lekcjach, co jest najwygodniejsze, bo dziecko nie musi nigdzie jechać.
Antek trenuje piłkę na boisku przy szkole. Wychodzi z lekcji, idzie na trening, ja odbieram go o siedemnastej. Idealnie.
Zasada 5: sprawdź, co jest w szkole
Zanim zapłacisz za zajęcia prywatne, zobacz, co oferuje szkoła. W wielu szkołach są bezpłatne zajęcia sportowe, koła zainteresowań, zajęcia wyrównawcze, chór, kółko plastyczne. Informacje zwykle pojawiają się w połowie września, kiedy ruszą plany zajęć.
Szkolne zajęcia mają dwie zalety: są za darmo i odbywają się tam, gdzie dziecko i tak jest. Nie zawsze są na najwyższym poziomie, ale na start wystarczą.
Koszty
Zajęcia dodatkowe potrafią kosztować sporo. W Warszawie za zajęcia raz w tygodniu trzeba liczyć od około stu do kilkuset złotych miesięcznie, zależnie od rodzaju, grupy i miejsca. Zajęcia w domach kultury są zwykle tańsze niż w prywatnych szkołach. Kluby sportowe często mają opłatę miesięczną plus koszty strojów, sprzętu i wyjazdów na turnieje.
Przy dwójce dzieci i dwóch zajęciach na dziecko to już wydatek, który trzeba wpisać do budżetu. U nas to mniej więcej tyle, co duże tygodniowe zakupy spożywcze. Dlatego tym bardziej pilnuję, żeby to były zajęcia, które dzieci naprawdę lubią.
Zasada 6: jeden wolny dzień w tygodniu
W naszym kalendarzu środa jest pusta. Nikt nie ma zajęć. Dzieci wracają ze szkoły, odrabiają lekcje, wychodzą na podwórko. Ja pracuję do późna, bo nie muszę nikogo nigdzie wozić. Wieczorem gramy w planszówki albo idziemy wszyscy z Pestką na długi spacer.
Ten jeden dzień bez planu robi ogromną różnicę. Dla dzieci i dla mnie.
Zasada 7: umów się na próbę do świąt
Z dziećmi umawiamy się tak: zapisujemy się na zajęcia do grudnia. W grudniu siadamy i rozmawiamy. Chcesz dalej? Świetnie. Nie chcesz? W porządku, ale do tego czasu chodzisz. Dzięki temu dzieci uczą się, że nie rezygnuje się po dwóch tygodniach, ale też że mają wpływ na swój czas.
W zeszłym roku Zosia po grudniowej rozmowie zrezygnowała z tańca i zapisała się na pływanie. W tym roku pływa dalej i chce więcej. To była dobra decyzja, podjęta spokojnie.
Kalendarz na lodówce
Na koniec rzecz praktyczna. Tygodniowy kalendarz na lodówce, w którym każde dziecko ma swój kolor. Kto kiedy ma zajęcia, kto odprowadza, kto odbiera. O planie tygodnia wspominałam też przy okazji przygotowań do września. Teraz, w połowie miesiąca, plan jest już ostateczny.
Nasz kalendarz w tym roku ma dużo białych pól. I bardzo mi się to podoba.
