Przeskocz nawigację
Wybierz dzielnicę
Menu
Z dziećmi Moczydło, Park Szczęśliwicki

Kto pilnuje dzieci w wakacje? Nasz grafik na lipiec i sierpień

Dziewięć tygodni wakacji, dwoje dzieci, dwoje pracujących rodziców i jedna babcia na Ochocie. W niedzielę po zakończeniu roku szkolnego usiedliśmy nad kalendarzem, żeby sprawdzić, kto i kiedy jest z dziećmi. Wyszło nam kilka dziur, których wcześniej nie widziałam.

Marta, rysunek: idzie z psem na smyczy i kubkiem kawy Pisze Marta 5 min czytania

W piątek 26 czerwca Zosia i Antek przynieśli do domu świadectwa, a Antek także dziesięć rysunków z całego roku, które pani oddała w reklamówce. W niedzielę wieczorem, kiedy dzieci już spały, rozłożyłam na stole w salonie wydrukowany kalendarz na lipiec i sierpień, a Wiktor przyniósł kolorowe markery Zosi. Niebieski to ja, zielony on, czerwony babcia, żółty Lato w Mieście. Białe pola to dni, w których nikt jeszcze nie wie, co z dziećmi.

Po godzinie białych pól było mniej, ale nie zero. Piszę, jak to u nas wygląda, bo na grupie klasowej widzę, że podobną układankę robi teraz połowa rodziców z osiedla.

Kto u nas pracuje i gdzie

Punkt wyjścia jest prosty i niezbyt wygodny. Wiktor pracuje przy rondzie Daszyńskiego, z biura, od rana do późnego popołudnia. Dojeżdża metrem, więc w razie czego wróci w pół godziny, ale na co dzień go w domu nie ma. Ja pracuję zdalnie, z biurka w rogu salonu, a raz, dwa razy w tygodniu jeżdżę na spotkania do klienta na Służewcu.

Praca zdalna brzmi jak rozwiązanie problemu opieki nad dziećmi. Nie jest. Da się pracować, kiedy jedenastolatka czyta w swoim pokoju. Trudniej, kiedy ośmiolatek co kwadrans przychodzi z pytaniem, czy tyranozaur wygrałby z rekinem. Przy wideorozmowie z klientem nie da się wcale. Dlatego mój niebieski na kalendarzu oznacza „jestem w domu”, a nie „mam wolne”. To dwie różne rzeczy i dzieci muszą je rozróżniać.

Lato w Mieście: żółty na trzech tygodniach

Największy kawałek lipca zakrywa miejska akcja „Lato w Mieście”. Trwa w tym roku od 29 czerwca do 31 sierpnia, placówki działają w ponad 160 szkołach w całej Warszawie, od poniedziałku do piątku, od rana do popołudnia. Za zajęcia się nie płaci. Płaci się za wyżywienie: 20 złotych dziennie za dwa posiłki, w tym jeden ciepły.

Antek idzie od drugiego tygodnia lipca, na trzy tygodnie. Zapisy były w maju i trzeba było pilnować terminu, o czym pisałam przy okazji Dnia Dziecka. Kto nie zdążył, może jeszcze szukać wolnych miejsc w systemie zapisów albo dzwonić do szkół. Ludzie rezygnują w ostatniej chwili, bo zmieniają im się plany.

Policzyłam koszt, zanim zapłaciłam. Piętnaście dni po 20 złotych to 300 złotych za trzy tygodnie opieki z obiadem. Taniej się w Warszawie nie da. Minus jest jeden: placówka nie musi być w naszej szkole. Antek trafił do szkoły dwie stacje metra dalej, więc ktoś musi go rano zawieźć, a po południu odebrać. Rano jedzie z Wiktorem, po drodze do pracy. Po południu odbieram go ja, i to wyznacza koniec mojego dnia pracy na 15:30.

Zosia na Lato w Mieście iść nie chce, bo „tam są same małe dzieci”. W jedenastu latach jest coś z prawdy.

Zosia: warsztaty i klucz na szyi

Dla Zosi szukałam czegoś, co będzie jej, i znalazłam warsztaty rysunkowe w domu kultury, kilka przedpołudni w tygodniu przez część lipca. Są płatne, ale za cały turnus z góry, więc przynajmniej wiem, na czym stoję. Na warsztaty chodzi sama, dziesięć minut piechotą, i wraca na obiad.

Reszta jej lipca to w dużej mierze samodzielność, której uczymy się obie. Zosia ma własny klucz, telefon i zasadę: jeśli wychodzi do koleżanki z bloku obok albo do sklepu na osiedlu, pisze mi SMS-a, dokąd i na jak długo. Do centrum handlowego z koleżankami może pójść, ale zgłasza się co godzinę. W dniach, kiedy jestem na Służewcu, wpada do niej babcia albo Zosia jedzie do babci na Ochotę. Metrem i tramwajem, sama, co jeszcze rok temu było nie do pomyślenia.

Babcia, czyli czerwony marker

Moja mama mieszka na Ochocie, niedaleko Grójeckiej, i jest naszym najważniejszym zasobem. Nie mówię tego z lekceważeniem, tylko z wdzięcznością. Bez niej ten kalendarz by się nie spiął.

Ale babcia też ma swoje życie i swoje plany na lato, i nie chcę jej traktować jak darmowej półkolonii na zawołanie. Ustaliłyśmy więc konkretne dni zamiast ogólnego „jakby co, dzwoń”. W lipcu bierze dzieci w dni, kiedy jestem u klienta. W pierwszym tygodniu wakacji, zanim Antek zacznie Lato w Mieście, zabiera go do siebie na dwa dni, żebym mogła domknąć projekt. Na drugą połowę sierpnia ma wziąć dzieci na kilka dni. Na ile, jeszcze nie wiemy.

Płacimy obiadami, zakupami w Halach Banacha, które robię za nią, kiedy ma gorszy tydzień, i zawożeniem jej samochodem tam, gdzie tramwajem jest daleko. Nie wszystko musi się zgadzać co do złotówki.

Urlopy: dziesięć dni razem

Wspólny urlop mamy jeden: dziesięć dni na Kaszubach na początku sierpnia, w domku, do którego możemy zabrać Pestkę. Ten kawałek kalendarza jest pomalowany wszystkimi kolorami naraz i to jedyne dni, o które się nie martwię.

Poza tym Wiktor weźmie kilka dni pod koniec lipca, kiedy Antek skończy turnus. Ja urlopu w lipcu nie biorę, bo w mojej pracy lato to czas kampanii i klienci właśnie wtedy chcą wszystkiego na wczoraj. Na zmianę mogę za to pracować wieczorami, kiedy Wiktor jest w domu. To nie jest urlop, ale daje mi kilka wolnych popołudni.

Białe pola

Po godzinie nad kalendarzem zostały nam trzy miejsca bez koloru. Pierwsze to kilka dni po powrocie z Kaszub, w połowie sierpnia. Te przesiedzę z laptopem i dziećmi, bo po urlopie i tak mam mniej spotkań. Drugie to ostatnie dwa tygodnie sierpnia, gdzie wpisaliśmy ołówkiem „babcia + urlop?”. Wiem, że ołówek to nie plan, ale w czerwcu wydawało mi się, że to się jakoś rozwiąże. Trzecie to pojedyncze dni, kiedy któreś z dzieci się rozchoruje. Na nie nie ma koloru, jest tylko zwolnienie na opiekę.

Koszty, jeśli ktoś lubi liczby: 300 złotych za Lato w Mieście Antka, warsztaty Zosi płatne z góry, wyjazd na Kaszuby osobno. Do tego wydatki, o których się nie myśli, zanim nie przyjdą: bilety na basen (na Moczydle normalny 35 złotych, ulgowy 25), lody, bilety do kina w deszczowe dni. Wakacje w mieście nie są darmowe, nawet jeśli nikt nigdzie nie wyjeżdża.

Wydruk z markerami

Wydruk wisi teraz na lodówce, przyklejony magnesem z Łeby. Antek sprawdza codziennie rano, czy dziś jest żółty dzień. Zosia dopisała na nim własnym długopisem „urodziny koleżanki!!!” przy 14 lipca i narysowała obok tort.

Wczoraj wieczorem Wiktor stanął przed lodówką z kubkiem herbaty i długo patrzył na białe pola w sierpniu. Potem wziął zielony marker, zamalował jeden dzień i powiedział, że zapyta w pracy. Na razie ten jeden dzień jest zielony. Reszta czeka.

Więcej: Z dziećmi

Cały temat
  • Ile zajęć dodatkowych to za dużo?

    Ursynów, dom kultury i boisko

    Dwa lata temu Antek miał w tygodniu pięć zajęć dodatkowych, a ja zamiast pracować jeździłam między basenem, salą gimnastyczną i szkołą językową. Skończyło się płaczem, jego i moim. W tym roku mamy zasady. Dzielę się nimi, bo wrzesień to czas, kiedy łatwo przesadzić.

  • Półkolonie na ostatnią chwilę, czyli sierpień bez babci

    Domy kultury w całym mieście

    Plan na lato wyglądał dobrze do chwili, gdy okazało się, że na ostatnie dwa tygodnie sierpnia nie mamy nic. Babcia wyjeżdża, my pracujemy, dzieci się nudzą. Piszę z Kaszub, między jednym jeziorem a drugim, bo właśnie tu, z telefonem w jednej ręce i ręcznikiem w drugiej, szukam półkolonii.

  • Dzień Dziecka w Warszawie bez stania w kolejkach

    Kopernik, zoo przy Ratuszowej

    Dzień Dziecka wypada w tym roku w poniedziałek, więc świętowanie rozleje się na cały weekend. Po kilku latach stania w kolejkach mam kilka zasad, dzięki którym ten dzień jest dla dzieci, a nie dla kasjerów przy wejściu.