Zebranie w sprawie zielonej szkoły trwało półtorej godziny. Program wycieczek wychowawczyni przedstawiła w dziesięć minut: Śnieżka, wodospady, Szklarska Poręba, jeden dzień w Jeleniej Górze. Resztę czasu zajęły pytania o transport. I szczerze mówiąc, sama zadałam ich kilka.
Z Ursynowa w Karkonosze jest daleko. Około 550 kilometrów, zależnie od miejscowości. Dla jedenastolatków to wyprawa na cały dzień, a dla rodziców tydzień nerwów, zanim autokar ruszy spod szkoły. Poniżej to, czego dowiedziałam się od wychowawczyni, organizatora i kilku rodziców, którzy przechodzili to już ze starszymi dziećmi.
Autokar prosto z Warszawy
Najczęstszy wariant. Autokar podjeżdża pod szkołę rano, dzieci wsiadają z plecakami i jadą do ośrodka bez przesiadek. Wygodne, bo bagaż ładuje się raz, a grupa jest cały czas razem.
Minus: czas. Przy trasie przez Wrocław i S3 albo przez Łódź i A1 z autostradą A4 trzeba liczyć siedem, osiem godzin z przerwami. Przy korkach na wylocie z Warszawy i robotach drogowych więcej. Z dziećmi, które mają chorobę lokomocyjną, to naprawdę długo.
Tu wchodzą przepisy o czasie pracy kierowcy. Kierowca może prowadzić bez przerwy najwyżej 4,5 godziny, potem musi odpocząć co najmniej 45 minut (albo w dwóch częściach: 15 i 30 minut). Dzienny limit jazdy to co do zasady 9 godzin. Przy jednej trasie Warszawa-Karkonosze jeden kierowca się zmieści, ale bez zapasu. Jeśli w programie jest jeszcze wycieczka w dniu przyjazdu, pytajcie, czy jedzie dwóch kierowców.
Pociąg plus autokar na miejscu
Drugi wariant, coraz częściej spotykany: dzieci jadą pociągiem do Wrocławia albo dalej, do Jeleniej Góry, a na miejscu czeka wynajęty autokar, który przez cały pobyt obsługuje wycieczki. Pociąg z Warszawy do Wrocławia jedzie około czterech godzin. Dzieci mogą chodzić, jeść, iść do toalety. Nauczyciele mówią, że to zupełnie inny komfort niż osiem godzin w fotelu.
Minusy są dwa. Przesiadka z bagażem całej klasy wymaga dobrej organizacji. I trzeba zarezerwować miejsca dla grupy odpowiednio wcześnie, bo w czerwcu pociągi na południe są pełne.
Autokar na miejscu: na co patrzeć
Niezależnie od tego, jak dzieci dojadą, w Karkonoszach i tak potrzebny jest transport. Ośrodki w Szklarskiej Porębie czy Karpaczu leżą kawałek od atrakcji. Do Jeleniej Góry, pod zamek Chojnik czy na czeską stronę pieszo się nie dojdzie.
Organizatorzy często biorą wtedy przewoźnika z Dolnego Śląska. Jest bliżej, zna górskie drogi i parkingi, nie liczy dojazdu pustym autokarem z Warszawy. Nasz organizator pokazał nam na zebraniu kilka ofert i jedno pytanie okazało się ważniejsze od samej ceny: co jest w niej zawarte. Kierowca, paliwo, opłaty drogowe, parkingi, nocleg kierowcy. Jeśli część z tych rzeczy jest „płatna osobno”, to potem kłócą się o nie rodzice na grupie klasowej.
Przy wyborze przewoźnika, i tego z Warszawy, i tego na miejscu, rodzice mają prawo zapytać o kilka rzeczy:
- Wielkość autokaru. Klasa to zwykle 25-30 osób plus opiekunowie. Autokar na 30 miejsc to styk, lepiej mieć zapas na bagaże i zmiany planów.
- Pasy bezpieczeństwa. Jeśli są w autokarze, dzieci muszą je zapinać. Warto upewnić się, że opiekunowie tego pilnują.
- Oznakowanie. Autobus przewożący zorganizowaną grupę dzieci powinien mieć z przodu i z tyłu żółte tablice z symbolem dzieci.
- Doświadczenie kierowcy w górach. Na serpentynach do Karpacza i przy wąskich wjazdach do ośrodków to nie jest detal.
Kontrola autokaru przed wyjazdem
To rzecz, o której wiele osób nie wie: szkoła albo rodzice mogą poprosić policję o kontrolę autokaru przed wyjazdem. Policjanci sprawdzają stan techniczny pojazdu, dokumenty i trzeźwość kierowcy. Kontrolę trzeba zgłosić z wyprzedzeniem, najlepiej co najmniej tydzień wcześniej, a sama trwa około pół godziny. Dlatego autokar powinien podjechać pod szkołę wcześniej niż na godzinę zbiórki.
U nas zgłoszeniem zajmuje się szkoła, ale na zebraniu jedna z mam upewniła się, że to naprawdę zostało zrobione. Słusznie.
Co spakować na drogę
Lista od wychowawczyni, uzupełniona o rady rodziców, którzy już to przerabiali:
- Jedzenie na cały dzień, nie tylko słodycze. Kanapki, owoce, woda. Postoje na stacjach są krótkie, a kolejka trzydzieściorga dzieci do jednego baru trwa wieki.
- Leki na chorobę lokomocyjną, jeśli dziecko ich potrzebuje, z informacją dla opiekuna. Dziecko z chorobą lokomocyjną siada z przodu.
- Mały plecak podręczny z bluzą, wodą i czymś do zajęcia. Duża walizka jedzie w luku i do końca dnia jest niedostępna.
- Powerbank tylko jeśli szkoła pozwala na telefony. U nas telefony są dozwolone w drodze, potem odbierane na noc.
- Worki foliowe. Na wszelki wypadek. Każdy rodzic, który jechał kiedyś z dziećmi autokarem w góry, wie dlaczego.
Na miejscu: góry to nie Pole Mokotowskie
Ostatnia sprawa, już nie transportowa, ale padła na zebraniu: buty. Szlak na Śnieżkę czy do wodospadów to kamienie, korzenie i mokre fragmenty. Nowe buty kupione dzień przed wyjazdem to pewne pęcherze. Lepiej rozchodzić je wcześniej, choćby na spacerach po Dolinie Służewieckiej czy w Lesie Kabackim, o których pisałam w tekście dla nowych mieszkańców Ursynowa.
I kurtka przeciwdeszczowa, nawet przy prognozie pełnej słońca. W Karkonoszach pogoda zmienia się szybciej niż plany wychowawczyni.
Zosia jest już spakowana w wyobraźni, choć do wyjazdu jeszcze miesiąc. Ja mam na lodówce kartkę z numerem telefonu kierowniczki wycieczki i datą kontroli autokaru. Reszta w rękach nauczycieli i kierowcy. Dla spokoju rodzica to i tak najważniejsze: wiedzieć, kto prowadzi i że ktoś to sprawdził.
